Góry Izerskie
Poniżej parę fotek, które można se powiększyć klikaniem:
Znowu pojechaliśmy do Rzymu. Tym razem 7-osobową ekipą. Szczęśliwie udało nam się zarezerwować lot i duży apartament. Lotu nie przełożyli a apartament był naprawdę duży. Raz nawet zagraliśmy w nim w golfa!
Już na miejscu uruchomiliśmy maszynki czasu w naszych głowach i w drogę: poprzez czasy Leonarda da Vinci i Michała Anioła aż do Platona i Sokratesa.
Rzymianie od tysięcy lat beztrosko przerabiają, przystosowują i adaptują pozostałości przeszłości, wpisując się tym samym w historię Wiecznego Miasta. Czasem jest chaotycznie i brudno, ale mimo to miasto ma w sobie wielką siłę przyciągania.
Brak dbałości o otoczenie wielu rekompensuje dbałością o własny wygląd. Spośród licznych formacji policji niektóre wyglądają tak, jakby ich jedynym poważnym obowiązkiem było noszenie mundurów paradnych.
Z ruchliwego centrum łatwo uciec na spokojniejsze i urokliwe Trastevere (Zatybrze). Wąskie uliczki, knajpki i atmosfera przypominająca trochę atmosferę weneckich miasteczek portowych. Następnym razem poszukam lokum w tej dzielnicy.
Zgodnie z planem odwiedziliśmy sporo knajp. O pozostawaniu resztek pokarmowych nie mogło być mowy...
Widzieliśmy miejscowe anioły...
... ale mieliśmy też swojego, przenośnego.
Wezuwiusz - sprawca tragedii i konserwator zabytków w jednym.
Stronnictwo Czerwonych Czapeczek. Były też Żółte i Białe.
Canis Lupus Familiaris o wadze 100 kg (tak na oko) i wdzięcznym imieniu Giovanni ;)
Chwila ciszy.Jak większość znajomych bloggerów jakiś czas temu przesiadłem się na Linuxa. Po walce z Suse zainstalowałem Ubuntu. Poszło nadspodziewanie gładko. Dopieściłem system i zacząłem się cieszyć sprawnym i ładnym systemem. Zadurzyłem się na maxa - praca, dom, własny serwer z raid-em, laptop siostrzenicy - wszystko na Ubuntu. Dziś wiem, że sporo rozwiązań Ubuntu bije na głowę Windows XP. No i niby wszystko fajnie, a jednak...
Po półrocznym używaniu Ubuntu (w wersji Dapper Drake) nie udało mi się przeskoczyć następujących problemów:
Eksperyment panów Fritz'a Grobe'a i Stephen'a Woltz'a polegający na dodaniu mentosów do coli light jest powszechnie znany. Nadano mu szereg wdzięcznych nazw: Mentos eruption, Mentos and Diet Coke geyser, Soda Geyser. Gdyby ktoś jednak do tej pory nie wiedział o co chodzi, to na początek polecam oficjalny film na eepybird.com.
Niewinna zdawałoby się zabawa, polegająca na "puszczaniu coli w powietrze" spodobała się wielu ludziom. Radość wywołana wrzuceniem mentosa do coli udziliła się nawet producentowi mentosów, który szczegółowo doradza "jak się w TO bawić" nawet na swojej stronie. Dociekliwi znajdą w Wikipedii szczegółowy opis zagadnienia. Esteci mogą ocenić tysiące zdjęć naśladowców na flickr.com. Na Youtube zgromadzono szereg filmów o mentosach i coli, łącznie z tymi najbardziej ekstremalnymi, w których butelka coli staje się pociskiem rakietowym...
Dodam jeszcze, że jeden z prelegentów tegorocznej konferencji Internet 2K7, na marketingowych konsekwencjach eksperymentu Grobe'a i Woltz'a oparł całą swoją prezentację. Zrobił to zupełnie poważnie a wnioski wykraczały daleko poza atmosferę "czaderskiej zabawy". Słowem - świat oszalał...
Ja osobiście mam tę przykrą cechę, że w takie rzeczy nie wierzę, zanim sam nie sprawdzę. Tym razem też nie wierzyłem w jakieś tam erupcje coli. Musiałem to sprawdzić, no i sprawdziłem. Przy pomocy ekipy siostrzeńców. Poniżej przedstawiam film dokumentujący zdarzenie. Muzykę wygenerowałem na komórce :) Jest to mój pierwszy film, więc proszę o wyrozumiałość. Jednocześnie zachęcam do własnych eksperymentów :)

Witam ponownie. Miało nie być bloga, ale będzie. W innej formie i według założeń innych niż dotychczas. Mniej (albo raczej prawie wcale) polityki. Więcej o necie i gadżetach. Będą foty prosto z życia, z czasem może własne wideo. Będą też... przepisy kulinarne. Mam na nie pomysł :) Zbędne rzeczy idą na śmietnik. Posty będą otagowane, co ułatwi nawigację. Starych i nowych czytaczy proszę o uwagi.
smartur | blog - reborn.